W lokalu nie przebywało dużo gości. Kurtis cenił
względny spokój, jaki panował w tym miejscu w ciągu tygodnia. Nikt nigdy się
nie bił ani nie krzyczał. Towarzystwo było spokojne, muzyka znośna, a piwo
zimne.
Włócząc nogami, dotarł do baru. Usiadł na jednym z
wolnych krzeseł barowych. Barman zagadał do niego:
- Dzisiaj bez kolegów?
Mężczyzna tylko skinął głową.
- To, co zwykle? – zadał kolejne pytanie barman.
Kurtis ponownie przytaknął. Przetarł twarz ręką i
przymknął na chwilę oczy. Uśmiechnął się
na widok oszronionej szklanicy przed sobą. Zima, nie zima, dobrego,
schłodzonego piwa nie potrafił sobie odmówić. Oparł łokieć o blat stołu, a
głowę o rękę. Popijając piwo, wpatrywał się w telewizor za plecami barmana.
Nadawano transmisję meczu piłkarskiego. Piłka przemieszczała się po boisku, a zawodnicy
biegali za nią jak zahipnotyzowani…
Kurtis ocknął się, uświadomiwszy sobie, że przysnął
na chwilę. Zarejestrował zapach znajomych kobiecych perfum. Miał wrażenie, że
jest obserwowany. Kątem oka wyłowił ruch po swojej prawej stronie. Obrócił
głowę.
- Cześć, Nessa – wymamrotał.
Kobieta – czy raczej dziewczyna - pomachał mu palcami,
uśmiechając się uwodzicielsko.
- Pijany czy zmęczony? – spytała.
Spojrzał z powątpiewaniem na pełną do połowy
szklanicę z piwem. Uśmiechnął się, jeszcze nieco zaspany.
- Nie uważałabyś mnie za prawdziwego mężczyznę,
gdybym przyznał, że upiłem się połową piwa. Zmęczony.
Vanessa zaśmiała się.
- Naprawdę zmęczony – podkreślił. Przetarł twarz
ręką, próbując się rozbudzić.
- Długo się nie widzieliśmy. Co u ciebie? – zapytała
dziewczyna, popijając swojego drinka z kieliszka.
Kurtis wzruszył ramionami. Opróżnił niemal całą
szklanicę jednym haustem.
- Jak już mówiłem, zmęczony.
- Żądne władzy, czarne charaktery dają o sobie znać?
Trent uśmiechnął się. Gdy on i Vanessa jeszcze byli
parą, opowiadał jej nieco o sobie. Wiedziała sporo o nim samym, ale nie miała
pojęcia o jego pracy. Mężczyzna mówił jej, że to ściśle tajne. Ona sama,
pół-żartem, pół-serio, dopowiadała sobie, że widocznie jej chłopak pracuje pod
przykrywką dla rządu. Kurtis nie miał nic przeciwko, aby dziewczyna widziała w
nim Jamesa Bonda.
- Ostatnio są szczególnie upierdliwi – stwierdził
zgodnie z prawdą. – A co u ciebie?
- U mnie tak sobie. Skończyłam cholerne studia i
jestem teraz zawołanym kryminologiem.
- Zawsze ciągnęło cię do dziwnych ludzi.
- Tak patrząc na ciebie, stwierdzam, że się zgadzam.
Kurtis uśmiechnął się, szczerze ubawiony tym
stwierdzeniem. Jakby wiedziała, że jeszcze godzinę temu studiował raport o stanie
badań nad tekstami Żydów aszkenazyjskich…
- Co się stało po tym, jak wyjechałeś do Paryża?
Mężczyzna wyprostował się. Mógł opowiedzieć, jak
ścigał masowego mordercę, który chciał ożywić pewną prastarą rasę. Jak poznał w
Paryżu niesamowitą kobietę… Ale raczej nie powinien wspominać. Spojrzał
mimowolnie na swoją prawą dłoń. Widniała na niej duża blizna. Vanessa podążyła
za jego wzrokiem.
- Długo by opowiadać – stwierdził krótko.
- Ja mam dużo czasu – oznajmiła dziewczyna.
Wzruszył ramionami.
- No więc? Może zacznij… Skąd ta blizna? Nie dałoby
się jej usunąć?
- Dałoby się, ale chcę, żeby mi o czymś przypominała.
- Aha. Rozumiem. A ta kobieta? – dodała, wskazując na
jego otwarty portfel.
Był tak nieświadomy tego, co robi, że zupełnie nie
zarejestrował, kiedy wyjął portfel i położył go, otwarty, na blacie baru. Wyjął
gotówkę, aby zapłacić za piwo, i zamknął portfel.
- Ma związek z tą blizna – stwierdził szorstko.
- W coś ty się znowu wpakował? – spytała ona z troską
w głosie.
Kurtis uniósł wzrok, by spojrzeć jej w oczy. Pamiętał,
jak potrafiła być troskliwa. I namiętna. Wzdrygnął się, przypomniawszy sobie,
że w domu czeka na niego Lara. Jednak wizja długich, czarnych włosów,
opadających na jego twarz, gdy Vanessa pochylała się nad nim, nie chciała
zniknąć. Próbował zastąpić jej twarz twarzą Lary. Nie pamiętał nawet, czy
kiedykolwiek widział kobietę w podobnej ekstazie. Jakoś nie chciał sprawdzać,
czy potrafiłby doprowadzić ją do takiego stanu.
Po przedstawieniu, które mu zgotowała w drugi dzień
świąt, nie miał ochoty wracać do domu. Zresztą nazwa „dom” była dość umowna.
Nie potrafił odnaleźć się w wielkiej rezydencji, miał wrażenie, że zgubi się za
pierwszym lepszym zakrętem. Nie lubił ciężkiego, dziewiętnastowiecznego
wystroju, w jakim była utrzymana większość domu. Nie znosił zapachu środków
czystości, wymieszanych z kręcącym w nosie zapachem kurzu. Niepokoiły go
skrzypiące podłogi i meble. Słowem: nie znosił tego budynku. A fakt, że Lara
ostentacyjnie okazywała swoje niezadowolenie, sprawiał, że nienawidził także
panującej w Croft Manor atmosfery. Wolał przespać się w jednej z siedzib Lux
Veritatis na polowym materacu niż w miękkim łóżku w starej rezydencji. Lara
była przekonana, że on coraz więcej pracuje i dlatego nie bywa w domu. Kurtis
wracał do niej tylko, gdy miał na to ochotę. A ochoty miał, szczerze mówiąc,
coraz mniej. Kobieta żądała, by Kurtis był cały czas przy niej. Nie odzywała
się, tylko siedziała lekko przygarbiona, nerwowo kręciła palcami i wpatrywała
się w pustą przestrzeń. Gdy rozpoczynał rozmowę, wzdrygała się i prosiła o
powtórzenie pytania. Patrzyła na niego tak pełnym złości wzrokiem, że milkł.
Wówczas ona mruczała coś pod nosem, i wychodziła, urażona.
Oczywiście, Kurtis zdawał sobie sprawę, że może to
być kwestia urazu po egzorcyzmie. Mógł wypędzić demona, a nawet kilka. Znał przydatne
formułki we wszystkich językach świata. Uważał się za naprawdę dobrego
egzorcystę. Ale nie był, do cholery, psychologiem! Nie fair było od niego
oczekiwać, że nagle zostanie terapeutą. Lara i bez tego wielu mu zawdzięczała.
Kto wie, co byłoby z nią dzisiaj, gdyby Lux Veritatis nie odprawiło nad nią
rytuału.
Kurtis wrócił myślami do siedzącej przed nim
dziewczyny. Vanessa po swoich dziadkach, pochodzących z Nowej Zelandii, odziedziczyła
egzotyczny typ urody: ciemną skórę, oczy, ciemne włosy, smukłe ciało… I jakąś
ujmującą bezpośredniość. Tak bardzo różniła się od pełnej rezerwy Brytyjki.
Trent na wpół świadomie przysunął się bliżej dziewczyny.
Mimo tego, co deklarował, czuł, że alkohol zaczyna na niego działać. Krew krążyła
szybko w jego żyłach, rozgrzewając ciało. W głowie zaczynało mu szumieć.
- Mam pewne problemy – zaczął. – Ale żadnego takiego,
którego nie dałabyś rady rozwiązać…
Vanessa uśmiechnęła się niepewnie.
- Nie wiem, czy ta kobieta nie powinna pomóc ci ich
rozwiązać…
- Nie potrafi – powiedział cicho, unosząc rękę.
Dotknął jej odkrytego ramienia. Spojrzała na niego,
nieco zdziwiona. Ujrzał w jej oczach żar, jakiego długo już nie widział.
Układał w myślach dalszą część gadki na podryw. Doszedł nawet do momentu, w
którym docierają do drzwi jej mieszkania i szybko ściągają z siebie ubrania,
nie przerywając pocałunków i z trudem łapiąc oddech…
Zadzwonił telefon. Kurtis zaklął. Vanessa odsunęła
się od niego.
- Odbierz – powiedziała, popijając znów swojego
drinka.
Zanim zdążył wyciągnąć telefon, ten przestał dzwonić.
Przy okazji mężczyzna zobaczył na wyświetlaczu, że ma nieprzeczytaną wiadomość.
„Kiedy będziesz?”, brzmiała treść SMS-a od Lary. Trent zignorował go. Miał
zamiar odpisać później. Wybrał numer, z którego uprzednio do niego dzwoniono.
- Hej, Kurt. – Po drugiej stronie odezwał się męski,
rozemocjonowany głos. Trent nie podzielał jego zaangażowania. Wyciągnął rękę i
wodził nią po plecach Vanessy. Dziewczyna patrzyła na niego uważnie. Być może
zastanawiała się, czy Kurtis nie rozmawia właśnie z „tą kobietą”. – Dobrze, że
tak szybko oddzwaniasz.
- Cześć. Co tam?
- Słuchaj, mamy dziwną sprawę…
- A to ci nowość.
- Nie, posłuchaj. Jakaś staruszka, podejrzewamy, że
kabalistka, włamała się na Strahov.
- Co w tym dziwnego? Zdarza się, że byli kabaliści
węszą i szukają…
- Ale ona buszowała po Sali Cubiculum.
Kurtis otworzył lekko oczy ze zdziwienia.
Kiedy kilkadziesiąt lat temu Strahov należał jeszcze
do Lux Veritatis, znajdowały się tam sale treningowe dla rekrutów. Kabała
zburzyła pomniejsze pomieszczenia, tworząc jedno większe, gdzie pod sufitem
podwieszono ciało Cubiculum. Członkowie Lux Veritatis nazywali teraz to miejsce
„Salą Śpiącego” albo „Salą Cubiculum”, choć po zniszczeniu ciała istoty, sala
była w opłakanym stanie. Kurtis miał plan zlecić jej wysprzątanie i odnowienie,
jednak pozostawało tyle innych, ważniejszych spraw do załatwienia…
- W Sali Cubiculum? Przecież tam są tylko gruzy…
- Właśnie. Ale teraz, uważaj. Mówi, że chce rozmawiać
z tobą.
Przestał masować plecy dziewczyny.
- Zna mnie? Jak ona się nazywa?
- Nie wiemy, nie chce powiedzieć. Twierdzi, że to nie
ma znaczenia. Ale chce się z tobą zobaczyć.
- Jak wygląda?
- Starsza. Ma siwe włosy, ciemne oczy… hm, szczupła.
I chyba nie ma kilku zębów. Nie wygląda jakoś szczególnie.
- Nie kojarzę, ale mogę jej poświęcić parę minut. Sprowadźcie
ją do Anglii.
- Będzie tu jutro rano.
- To przesłucham ją jutro.
- Dobra, Trenty. Do zobaczenia!
Kurtis skrzywił się, usłyszawszy ksywkę, której nie
lubił. Spojrzał znów na Vanessę.
- Wybacz, ważna sprawa…
- Biegniesz ratować świat?
- Nie tym razem – powiedział, przysuwając się bliżej.
Pocałował ją w policzek. Czuł, jak dziewczyna wstrzymuje
oddech. Wiedział, jak na nią działał, i ona działała na niego podobnie. Może
nie zgadzali się w kilku kwestiach, ale w łóżku zawsze się dogadywali. Uderzyła
go fala gorąca, oddech przyśpieszył. Z policzka przesunął się na ucho, na
szyję...
- Może by tak nie tutaj? – odezwał się barman z
naganą.
Kurtis oderwał się od dziewczyny. Wpatrywał się w jej
oczy. Czekał na propozycję. I doczekał się.
*
Kurtis wpadł do Domus de Vinculi, gdzie Lux Veritatis
zwykło przetrzymywać więźniów. Pogawędził chwilę z Jacobem, tym samym, z którym
rozmawiał poprzedniego wieczoru. Nie skrzywił się nawet, gdy kolega znów nazwał
go „Trentym”. Pozostając w dobrym humorze, był przekonany, że cały świat mu
sprzyja. Wierzył, że również przesłuchanie tajemniczej kobiety z Pragi pójdzie
mu gładko. Najdalej za godzinę będzie wiedział już wszystko.
Siwowłosa, drobna kobieta siedziała na krześle,
kiwając się na boki. Rozglądała się po pomieszczeniu, na przemian mrucząc i
nucąc coś pod nosem. Wydawała się pogrążona w transie. Nie zareagowała, gdy
Kurtis usiadł naprzeciwko niej, ani gdy chrząknął. Odezwał się pierwszy:
- Nazywam się Kurtis Trent. Chciała się pani ze mną
widzieć.
Usłyszawszy imię i nazwisko mężczyzny, staruszka
spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Uśmiech chyba nie miał wyglądać złowieszczo,
jednak Kurtis poczuł pewną ulgę na myśl, że od kobiety oddziela go stół. W
obliczu tego uśmiechu jego dobry humor i pewność siebie jakby… zbladły.
- Ach. Pan Trent. Nowy przywódca.
W jej głosie usłyszał mocny, wschodni akcent.
Teoretycznie tylko członkowie Zakonu, ze względów
bezpieczeństwa, znali swojego przywódcę. Przybywając tu, Kurtis sądził, że
kobieta przypadkowo natrafiła na jego imię, lecz nie przypuszczał, że może ona
łączyć je z pełnioną przez niego funkcją.
- Jest pani z Lux Veritatis? – zapytał on.
Kobieta pokręciła głową.
- Więc kim pani jest?
- Och, proszę mi wierzyć. Nikim specjalnym, według
pana. Mimo to misję dostałam naprawdę wyjątkową.
Wyszczerzyła się jeszcze szerzej. Wyglądała na bardzo
zadowoloną z siebie. Kurtis odchylił się nieco na krześle.
- Cóż to za misja?
- Wyjątkowa. Naprawdę wyjątkowa.
Kiwnęła głową na potwierdzenie własnych słów i
zaśmiała się nieoczekiwanie. Potem kiwnęła się mocniej w przód i w tył, i
zanuciła coś pod nosem. Kurtis poczuł, jak żołądek mu się ściska. Myślami przeniósł
się na chwilę do Haghii Sophii, gdzie zgromadzony tłum śpiewał pieśń ku chwale
świata opanowanego przez nefilimy.
- Znam tę melodię – szepnął. – Jest pani z Kabały?
- Pan Karel wysłał mnie parę dni temu, abym wykonała
bardzo ważną misję.
Znów zachichotała, a w jej oczach pojawił się błysk
rozmarzenia. Kurtis rozpoznał ten wzrok: Lara w podobny sposób patrzyła kiedyś
na Karela.
- Karel nie żyje – oznajmił poważnie.
- Nie osobiście. – Wskazała na swoją skroń. – Tutaj.
- Jak sądzę, jest pani pod wpływem któregoś z jego demonów.
Wyleczymy panią i wtedy…
- To żaden z jego demonów. To pan Karel. Z krwi i
kości.
- Z krwi i kości, ale tylko w twojej głowie – mruknął
Kurtis pod nosem. Głośniej zaś powiedział: - Jaką misję pani powierzył?
- Odzyskania dokumentacji w sprawie wybudzenia
Śpiącego.
- Śpiący został zniszczony – wyjaśnił jej spokojnie,
jakby mówił do dziecka.
- Oczywiście, że tak – potwierdziła kobieta,
uśmiechając się.
- Więc po co wam dokumentacja?
- Nie sądzicie chyba, że tak łatwo się poddamy.
Kurtis wziął głęboki oddech.
W celach Lux Vertatis uwięziono kilkunastu członków
Kabały. Opowiadali o niezrealizowanych planach sekty, o jej organizacji i
kryjówkach. Nikt nie bredził o ponownym obudzeniu Śpiącego. Lepiej przesłuchać
któregoś z tych więźniów niż tracić czas na tę dziwną kobietę.
Nie mówiąc już o tym, że mógł spędzić jeszcze parę
upojnych chwil w łóżku Vanessy.
- Gwarantuję, że panią wyleczymy – dodał na
zakończenie rozmowy.
Wstał, aby wyjść z sali przesłuchań. Kobieta dodała
pod nosem:
- I Karasznikow nam pomógł.
Kurtis zamarł
w pół drogi do drzwi. Usiadł z powrotem na krześle. Wpatrzył się w
przesłuchiwaną.
- Może pani powtórzyć? – poprosił.
Ta jednak tylko rozejrzała się znów po sali nieobecnym
wzrokiem. Mruczała pod nosem coś po czesku i kiwała się na boki.
- Już czas – oznajmiła. – Powiedziałam za dużo.
Kobieta wpatrzyła się w sufit i kiwała na boki coraz
szybciej. Jej ruch, któremu towarzyszyło miarowe skrzypienie krzesła, wprawił
Kurtisa w coś na kształt transu. Dopiero po chwili zauważył maleńki płomień na
środku jej piersi. Kobieta kiwała się coraz szybciej, płomień rozprzestrzeniał
się, a ona śmiała się coraz głośniej. W powietrzu unosił się dym i swąd
spalenizny. Kurtis ocknął się, gdy alarm przeciwpożarowy zawył rozdzierająco.
Wyciągnął rękę w kierunku kobiety i gorączkowo próbował przypomnieć sobie słowa
zaklęcia, które ugasiłoby płomienie. Drażniący nos i oczy dym, dźwięk alarmu i
śmiech kobiety rozpraszały go. Z trudem przypomniał sobie słowa formułki.
Wypowiedział kilka z nich, lecz nie podziałały. Kontynuował recytację, ale
kobieta cała już stała w płomieniach. Od ich blasku Kurtis musiał zamknąć oczy.
Gdy pod powiekami nie widział już świetlistej poświaty, otworzył oczy.
Po kobiecie nie został nawet ślad.
*
Gdy wszedł do pokoju Lary, pierwszym, co
zarejestrował, były zaciągnięte wokół łóżka zasłony. Ze środka przebijało
światło latarki. Pokój pozostawał oświetlony także dzięki ogniowi, palącemu się
na kominku. Już od progu czuć było panujące w pomieszczeniu gorąco.
- Kto tam? – usłyszał zduszony głos Lary.
Kurtis podszedł bliżej, nieco zaniepokojony. Rozsunął
zasłony. Ledwie to uczynił, ujrzał ostrze noża, wycelowane w swoje lewe oko.
- Oszalałaś?! – warknął zamiast powitania.
Postarał się uspokoić. Nie powinien zaczynać rozmowy
w ten sposób. Lara nic mu nie powie o Karasznikowie, o ile nie zostanie przez
niego dobrze potraktowana. Kobieta odłożyła nóż na materac i powiedziała:
- Przepraszam.
Kurtis przysiadł obok niej na łóżku. Tak, jak
podejrzewał, panowało tu nieznośne gorąco. Zauważył leżącą na materacu książkę.
Niejeden podobny egzemplarz znajdował się w bibliotece każdego członka Lux
Veritatis.
- Nie powinnaś tego czytać – stwierdził, zamykając z
trzaskiem Księgę Henocha.
- Dlaczego nie? – spytała cicho.
Uniosła głowę, by spojrzeć mu w twarz. Trenta
zaskoczył jej spokój. Choć może bardziej pasowałoby określenie „obojętność”. Nie
wiedzieć czemu, rozdrażniło go jej podejście.
- A dlaczego tak? – parsknął.
- Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, co mi jest.
Lara skuliła się trochę. Kurtis przestał zwracać
uwagę na jej słowa, a skupił się na gestach. Kobieta wyciągnęła rękawy długiego
swetra tak, że zakrywały jej dłonie. Spoglądała ponad ramieniem mężczyzny,
jakby zaraz miała za nim kogoś ujrzeć. Miała podkrążone, błyszczące oczy, jak w
gorączce. Nagle poczuł wyrzuty sumienia. Nie powinien spędzać wczorajszej nocy
z Vanessą. Właściwie nie powinien był wcale iść do baru, tylko po pracy wrócić tutaj.
Może gdyby tak zrobił, Lara nie siedziałaby teraz w piekielnie gorącym pokoju,
odseparowana od świata kotarami łóżka, w jednej ręce trzymając nóż, a w drugiej
księgę o niebezpiecznych, legendarnych istotach. Szybko zmitygował się w
myślach. Nie potrzebowała przecież aż tak
jego pomocy. I sam miał dużo na głowie, co ona powinna zrozumieć.
- Zimno ci? – zapytał.
- Sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Mam
wrażenie, że ubranie mnie chroni.
- Przed czym?
- Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Poczuł znów wyrzuty sumienia, co go rozdrażniło.
Oznajmił:
- Mogłabyś wstać rano, i spędzić dzień pożytecznie, a
nie siedzieć w łóżku…
- Przydałoby się, żeby ktoś mnie do tego zmotywował –
powiedziała z wyrzutem.
Natychmiast poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Zgrzytnął
zębami i wycedził:
- Niektórzy nie mają czasu całymi dniami wylegiwać
się w łóżku.
- Niektórzy nie mają nawet czasu, żeby trochę pobyć
ze swoją dziewczyną – odparowała ona.
Obojętność zniknęła. W oczach Lary zapaliły się
groźne iskierki. Odruchowo sięgnęła po nóż, ale Kurtis pierwszy chwycił broń i
odrzucił ją w odległy kąt pokoju. Pokazał ostentacyjnie wnętrze dłoni z blizną
i krzyknął:
- Wiesz, że jestem zapracowany! Wiem, że parę dni
temu były walentynki, ale nie sądziłem, że chcesz obchodzić to głupie święto!
Lara wyprostowała się, zacisnęła usta, spuściła
wzrok. Znów zaciągnęła rękawy na dłonie. Milczała złowrogo.
- No co?! – zawołał on, bynajmniej nieuspokojony.
Nie odpowiedziała.
- Nie będziesz chyba…
Nagle dotarło do niego, co właściwie odstawił. Przeszyła
go fala gorąca, i nie miała ona nic wspólnego z panującą w pokoju temperaturą. Uderzył
się otwartą dłonią w czoło. Popatrzył w milczeniu na Larę. Nawet nie wiedział,
jak wyrazić swoją skruchę.
- Posłuchaj, ostatnio… - zaczął. – Kiedyś...
Zapadła cisza. Lara przeszyła go lodowatym wzrokiem. Stwierdziła
rzeczowo:
- Na pewno jesteś zmęczony. Może odpocznij.
Mogłaś
powiedzieć po prostu „spierdalaj”, skomentował Kurtis w myślach.
- Taaaak, tak chyba zrobię… - oznajmił powoli.
- Kanapa jest wolna – dodała Lara, otwierając znów
książkę.
Trent zamarł. Poczuł się jak pies, wyganiany z łóżka
przez właściciela. Mógł zrobić awanturę… Nie miał jednak na nią siły. Wiedział
też, że nic by nie wskórał. Bez słowa powlókł się w stronę łazienki.
Ostatnio pokłócili się tak dwa miesiące wcześniej, w
drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Jednak już nazajutrz rozmawiali tak, jakby
nic się nie stało. Liczył, że tym razem będzie podobnie. Lecz ta kanapa nie rokowała
zbyt dobrze… No ale skoro jego wina była większa niż poprzednio, to i kara
musiała być surowsza. Wówczas pamiętał o świętach, ale nie miał okazji w nich
uczestniczyć.
Tym razem całkowicie zapomniał o urodzinach Lary.
*
Trzy dni po tym, jak w sali przesłuchań padło
nazwisko Karaszanikowa, Kurtis nadal wiedział niewiele więcej. Oczywiście, w
końcu nie spytał Lary o Rosjanina. Później uznał, że to lepiej. Z czystej
złośliwości – za karę, że zapomniał o jej urodzinach – nie udzieliłaby mu
żadnych informacji albo skłamałaby. Gdyby przedstawił całą sytuację, być może
nawet wściekłaby się, usłyszawszy, że podejrzewa jej przyjaciela o współpracę z
Kabałą. Lux Veritatis miało bardzo dobry wywiad i zdobycie namiarów na
Karasznikowa nie zajęło Trentowi dużo czasu. Dwa dni później wysłano do Rosjanina
Jacoba, aby ten przesłuchał podejrzanego.
Kurtis niecierpliwie czekał na wiadomość od kolegi.
Nie mógł zapomnieć o bieżących zadaniach, których, miał wrażenie, wciąż przybywało.
Nie zwerbował jeszcze nikogo, kto służyłby mu za sekretarza, dlatego sam układał
swój grafik spotkań. A tych było naprawdę dużo. Oprócz nadzorowania szefów
poszczególnych oddziałów w Anglii, musiał utrzymywać kontakt z członkami Lux
Veritatis w innych krajach. Dopóki nie stał się przywódcą Zakonu, nie zdawał sobie
sprawy z tego, że organizacja jest tak rozbudowana. Gdy główny wróg został
pokonany, nagle wiele poddziałów, które dotąd ukrywały się, wyszły z ukrycia.
Zakon powracał do dawnej chwały.
Trent zamrugał oczami i przeciągnął się na krześle. Sięgnął
po papierosa i zapalił go. Próbował rzucić palenie, ale Bóg mu świadkiem, że w
obliczu tak stresującej pracy nie mógł sobie odmówić tej drobnej przyjemności. Zaciągnął
się. Obserwował kółeczka z dymu, gdy zadzwonił telefon. Zainteresowanych
rozmową z nim mogło być wiele osób, ale Kurtis czekał na kontakt od jednej. Ujrzał
na wyświetlaczu numer Jacoba. Odebrał i zamarł w oczekiwaniu na nowiny.
- Cześć, dzwonię z Petersburga. Słuchaj, z tym Łuką
Karasznikowem to chyba ślepa uliczka.
Kurtis poczuł, jak ogarnia go rozczarowanie. Zaciągnął
się jeszcze raz i odpowiedział po chwili:
- Nic z niego nie wycisnęliście?
- Nic a nic. Facet nadal przeżywa śmierć swojej
siostry. Początkowo był na zwolnieniu, a teraz rzucił pracę. Uwierz mi, nie
wygląda na gościa, który dopiero co krzątał się po ruinach w poszukiwaniu
tajnych dokumentów.
- Jego rola niekoniecznie musiała na tym polegać –
sprostował Kurtis.
- Pewnie, że nie. W każdym razie…
- Przesłuchiwana na pewno nie podała jego nazwiska
bez powodu…
- Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy zatrzymać
Karasznikowa.
- Wiesz, że Kabała potrafi dobrze się maskować.
- Trenty, sorry, że to powiem, ale chyba ci odbiło.
- Hm?
- Fakt, że kiedyś kręcił z Croft, nie znaczy, że od
razu musi być z Kabały.
Kurtis akurat sięgał po popielniczkę, aby strząsnąć
do niej popiół z papierosa. Zamarł w pół ruchu.
- Jak to: kręcił z Croft?
- No, jeśli wierzyć temu, co mówią…
- Nic mi nie wiadomo o ich rzekomym związku.
- Lara nie musiała ci wspominać… Słuchaj, w każdym
razie, myślę, że po prostu się przesłyszałeś. Nie mamy podstaw, żeby zatrzymać
Karasznikowa. Powiem więcej: mamy kilkunastu jeszcze nieprzesłuchanych
więźniów, którzy na sto procent przynależą do Kabały. Jest milion razy
pewniejsze, że oni dostarczą nam ciekawszych informacji niż…
Trent ze zrezygnowaną miną strzepnął popiół z
papierosa.
- Masz rację.
- Po prostu szkoda czasu na…
- Dobra, już, przyjąłem. Wracajcie stamtąd jak
najszybciej, bardziej przydacie się w Londynie.
- Okej. Czyli widzimy się… jeszcze dziś wieczorem?
- Możliwe. Raczej nie planuję dziś powrotu do domu.
- Jakaś awanturka?
- Powiedzmy. No to do zobaczenia.
- Na razie.
Kurtis wrzucił niedopałek do popielniczki i zapatrzył
się w ścianę przed sobą. Nie bardzo wiedział, czym się zająć. Był pewien, że Jacob
wyciągnie coś z Karasznikowa. Gdyby dostał potwierdzenie, że podejrzany
przyznał się do winy, zacząłby jeszcze raz prześwietlać jego życiorys,
dokumenty, wykaz rozmów i maili, aby dopytać go, co to czy tamto miało
wspólnego z Kabałą.
Zbity z tropu, zastanawiał się, jaka relacja
właściwie łączyła Larę z Łuką. Czemu mu o nim nie wspomniała, poza opowieścią o
jego siostrze i Karelu? Czyżby… może ona też działała dla Kabały i kryli się
nawzajem? Może ktoś z Lux Veritatis powiedział jej, że chcą przesłuchać
Karasznikowa, a ta pobiegła go uprzedzić i…?
- Popadasz w paranoję, Trent – mruknął do siebie. I
żeby dodatkowo się ukarać, dodał: - Trenty.
Wrócił do przeglądania planu spotkań na kolejny dzień.
Niewiele rozumiał z czytanego tekstu. W głowie tłukło mu się „kręcił z Croft”.
Wreszcie, zniechęcony, oderwał wzrok od monitora.
- Korytarzowe plotki – spróbował przekonać samego
siebie.
Znów rozdzwonił się jego telefon. Wyświetlił się
nieznany numer. Odebrał.
- Trent – przedstawił się krótko.
- Panie Trent – odezwał się nieznajomy głos w
telefonie – potrzebujemy pomocy oddziałów Lux Veritatis z Londynu.
- Z kim mam przyjemność?
- Przepraszam, hasło… Fructum eorum.
- A fructibus eorum cognoscetis eos.
Ze względów bezpieczeństwa, Zakon ustalał hasło, którym mieli porozumiewać się jego członkowie. Zaczerpnięte na ogół z Biblii, z Wulgaty, zmieniało się co jakiś czas. Kurtis jako pierwszy wprowadził w użycie hasła z Nowego Testamentu i Apokryfów. Aby podkreślić, jak ważna jest praca członków Zakonu, ustalono, że na hasło z Ewangelii św. Mateusza, "Ich owoce", druga osoba powinna odpowiedzieć "Po ich owocach ich poznacie".
- David Tackett, Bristol, wydział policyjny Lux Veritatis.
- A fructibus eorum cognoscetis eos.
Ze względów bezpieczeństwa, Zakon ustalał hasło, którym mieli porozumiewać się jego członkowie. Zaczerpnięte na ogół z Biblii, z Wulgaty, zmieniało się co jakiś czas. Kurtis jako pierwszy wprowadził w użycie hasła z Nowego Testamentu i Apokryfów. Aby podkreślić, jak ważna jest praca członków Zakonu, ustalono, że na hasło z Ewangelii św. Mateusza, "Ich owoce", druga osoba powinna odpowiedzieć "Po ich owocach ich poznacie".
- David Tackett, Bristol, wydział policyjny Lux Veritatis.
- Czy to wy mieliście zlecone poszukiwanie tego…
pociągu… jak on się nazywał?
- Pociągu Sartaela. Tak, właśnie w tej sprawie
dzwonię.
Trent zerwał się z krzesła. Nie zauważył, że strącił
popielniczkę na podłogę.
- Znaleźliście go?! – niemal krzyknął.
Chwycił kurtkę i wybiegł z pokoju, rozmawiając przez
telefon.
*
Historia o tak zwanym Pociągu Sartaela krążyła w
Zakonie od niepamiętnych czasów. Obiekt obrósł w wiele legend, nieraz jedna
wersja zaprzeczała drugiej. Można było dotknąć pociągu i mieć zapewnione
szczęście do końca życia. Albo, w zależności od wersji legendy, paść trupem na
miejscu. Ponoć początkowo do napędzania maszyny używano węgla z ziemi, w której
pochowane były nefilimy, tudzież z wnętrza góry Ararat, gdzie Arka Noego
osiadła po Wielkim Potopie. Dym, wydobywający się z komina pociągu, miał mieć
właściwości trujące lub lecznicze. Spojrzenie w światła jadącego pociągu w
Szabat (Szabat, według żydowskiego kalendarza, to święty dzień tygodnia, w
którym nie wolno pracować. Przypada w sobotę. Chrześcijańskim odpowiednikiem
jest niedziela – przyp. aut.) miało wywołać
wizję dziewięciu zastępów anielskich. Według niektórych usłyszenie gwizdu
pociągu wróżyło niechybną śmierć.
Problem stanowił fakt, że, mimo tylu opowieści, nikt
nie wiedział, jak właściwie wygląda ów tajemniczy relikt. Kiedyś sądzono, że
powstał jeszcze w XVIII wieku, gdy wynaleziono pierwszą maszynę parową. Tylko
na co przyda się pociąg, kiedy nigdzie nie ma torów? Odrzucono tę teorię. W
świetle rękopisów z biblioteki Eckhardta niektórzy badacze wykazali, że pociąg
zaprojektował sam Czarny Alchemik w drugiej połowie XIX wieku. Ponoć wydarzyło
się to po wizji, w której Sartael, jeden z aniołów wymienionych w Księdze
Henocha, objawił się Eckhardtowi we śnie. Maszyna miała służyć jako ekskluzywny
środek transportu, ale szybko została wyparta przez samoloty. Pociągiem
przewożono tajne dokumenty.
Obiekt stał się cenny dla Lux Veritatis od czasu, gdy
jeden z więźniów wyznał, że w pociągu znajdują się dane wszystkich członków
Kabały. Zakon prowadził akcje poszukiwawcze od ponad pół roku. Zaangażował w
tym celu wiele oddziałów w Europie. Natrafiono na pewne poszlaki. Z czasem
poszukiwania zawężono do samej Anglii.
Telefon od nieznajomego Davida wzbudził w Kurtisie duże
nadzieje. Trent natychmiast zaalarmował londyńską jednostkę od zadań
specjalnych i wydział policyjny. Godzinę później pięćdziesiąt osób zostało
przewiezionych z Londynu dwiema wojskowymi ciężarówkami. Kurtisowi szczególnie
zależało na powodzeniu akcji. Był niemal pewien, że w wykazie członków Kabały
odnajdzie nazwisko Karasznikowa. Nie wiedział jeszcze, czy powiedziałby o tym
Larze. A gdyby znalazło się tam jej
nazwisko…?
Po dwóch godzinach jazdy członkowie Lux Veritatis
opuścili ciężarówki. Samochody zatrzymały się na asfaltowej drodze, w pobliżu
starej, nieużywanej bocznicy. Wędrówka przez błoto należała do mało
przyjemnych. Ludzie poruszali się szybko, zdyscyplinowani dzięki wieloletniej
musztrze. Kurtis poprosił, aby dowodzący akcją, Heinrich, wybrał najbardziej
doświadczonych rekrutów.
Zza jednego z pociągów wyłonił się uzbrojony oddział.
Kurtis wstrzymał oddech. Na znak Heinricha, jego żołnierze unieśli broń. Słońce
zachodziło, przysłonięte chmurami. W półmroku trudno było rozpoznać
przeciwników.
- Fructum eorum - zawołala Heinrich.
- A fructibus eorum cognoscetis eos.– odpowiedział mu głos z naprzeciwka.
Heinrich rozkazał żołnierzom opuścić broń. To samo
uczynił dowódca drugiej grupy.
- Kontaktowałem się z panem Tackettem – oznajmił
Kurtis głośno.
Zza grupki żołnierzy wyłonił się blond mężczyzna w
czarnym płaszczu. Wyciągnął rękę na powitanie. Trent uścisnął ją.
- Witam. Dziękujemy, że tak szybko panowie
przybyliście – powiedział poważnie.
- To nasz obowiązek – odparł Trent. – Mamy nadzieję,
że to nie fałszywy alarm.
- Absolutnie nie. Nie dość, że udało się nam
namierzyć pociąg, to jeszcze weszliśmy do środka. Rozbroiliśmy część pułapek.
- Świetnie sobie radzicie. Właściwie nie wiem, po co
my tutaj – uśmiechnął się Kurtis.
David odpowiedział po chwili ciszy:
- Uznaliśmy, że to pan, panie Trent, powinien
otworzyć sejf.
Kurtis chciał odpowiedzieć, że nie ma takiej
potrzeby, że to zbędne, że przecież to David odnalazł pociąg i pokierował akcją
przełamania pułapek. To on, jako inicjator i dowódca, powinien jako pierwszy
otworzyć sejf. Kurtis pamiętał zarazem, że Lux Veritatis potrzebuje silnego przywódcy,
i nie powinien umniejszać swojej roli. Zamiast silić się na uprzejmość, odparł
tylko:
- Oczywiście.
- Więc wskażę drogę.
David poprowadził ich między pojedynczymi, starymi
wagonami. Miejsce przypominało trochę złomowisko. Trudno było uwierzyć, że
właśnie tę lokację Kabała wybrała, aby ukryć tajne dokumenty. Trent podzielił
się swoimi przemyśleniami z Davidem. Ten przytaknął.
- Też tak pomyśleliśmy. Z drugiej strony, to bardzo
dobre miejsce. Kto by szukał pociągu Sarteala na tym odludziu?
- Gdyby spojrzeć na to z tej strony… racja.
Zatrzymali się przed trzema, połączonymi ze sobą
wagonami. Były one podświetlone przez reflektory, najpewniej ustawione tu na
polecenie Davida. Dopiero po chwili Kurtis zorientował się, że to nie wagon,
ale niewielki pociąg. Poczuł ukłucie rozczarowania. Liczył na coś bardziej okazałego.
Tymczasem maszyna nie różniła się zbytnio od przeciętnej, XIX-wiecznej
lokomotywy z niewielkim wagonem. W dodatku była mocno podniszczona, przez co w
ostrym świetle reflektorów prezentowała się dość upiornie.
- Zapraszam – oznajmił David, podając mu latarkę. –
Myślę, że może pan zabrać ze sobą dwie, trzy osoby. Więcej ludzi zrobiłoby
niepotrzebny tłok.
Kurtis skinął głową. Wskazał na dwóch przypadkowo
wybranych ludzi z londyńskiego oddziału: jednego policjanta i jednego
żołnierza. Pokonał kilka schodków i wkroczył do wnętrza wagonu.
Dopiero, gdy zapalił latarkę, uświadomił sobie, w jak
kiepskim stanie jest pociąg. Wiele szyb był wybitych, wiatr przywiał tu kilka
uschniętych liści. Z na wpół przegniłych półek pospadały walizki. Unosiły się
tumany kurzu i zapach zgnilizny. Podłoga lekko uginała się pod jego stopami.
Ujrzał wyrwy niektórych w miejscach. W jednym z kątów
wagonu ujrzał stos przedmiotów. Domyślił się, że to rozbrojone pułapki; w
ciemności dostrzegł błysk metalowej klamki (pod napięciem? eksplodująca przy nieodpowiednim
dotyku?), zatrzask, kuszę, pojemniki z gazem, czujniki ruchu, ostrza w różnych formach,
małe roboty. David odwalił kawał dobrej roboty, rozbrajając je przed przyjazdem
oddziału z Londynu. Kurtis przeszedł powoli przez wagon, rozglądając się
dookoła. Czuł swój przyśpieszony oddech. Słyszał kroki dwóch podążających za
nim ludzi. Ich obecność nieco go uspokajała.
Z bijącym mocno sercem podszedł do sejfu. Gdzieś
słyszał, że ów sejf miał być stary jak sam pociąg. Zaprojektowany przez jednego
z kabalistycznych zegarmistrzów, uchodził za unikat. Jego budowa nie była
dokładnie znana, ani podobna do innych sejfów. Już za chwilę wydobędzie
dokumenty, dzięki którym Kabała zostanie unicestwiona raz na zawsze. I znajdzie
dowód na to, że ten cholerny Rosjanin działał przeciw niemu.
Zmotywowany, podszedł bliżej do sejfu, przyklęknął
naprzeciwko niego. Przyglądał się mu przez chwilę w świetle latarki. Sejf
przypominał małą, stalową komodę. Jedyny akcent dekoracyjny stanowiło złote,
okrągłe pokrętło na środku. Na nim dało się dostrzec cyfry.
- Zawołajcie Hansa – zwrócił się do jednego z towarzyszących
mu ludzi.
Gdy ten wyszedł, drugi z towarzyszy podekscytowany
zagadał Kurtisa:
- I co? Da się to otworzyć?
Trent wzruszył ramionami. Po chwili przyszedł wezwany
mężczyzna.
- Zobacz, mamy tu coś dla ciebie – powiedział do
niego Kurtis.
Hans, luxveritatisowy specjalista od sejfów, przyklęknął
energicznie obok Trenta. Przyłożył dłoń do złotego pokrętła, a następnie zaczął
dłonią badać ścianki dookoła.
- Facet maca sejf – zarechotał mężczyzna, który
przywołał Hansa.
- Zaraz pomacam ciebie, i mogę zapewnić, że nie
będzie to przyjemne – zagroził mu stojący obok kolega.
- Cisza tam – rzucił Trent przez ramię. Następnie
zwrócił się do Hansa: - I co?
- Ciekawe, nie widziałem nigdy podobnego – powiedział
tamten z entuzjazmem. – Myślę, że sejf mógł powstać na początku XIX wieku,
obstawiałbym, że to robota francuskiego speca, i to wykwalifikowanego, tylko
nie mam pojęcia, w jakim warsztacie. Wykonany z…
- Dasz radę go otworzyć? – przerwał Trent jego
tyradę.
Hans westchnął.
- Nie znam szyfru. O ile kojarzę mechanizmy sejfów
Kabaly, możliwe, że wprowadzenie nieodpowiedniej kombinacji spowoduje, że w
środku uaktywni się jakiś kwas, który zniszczy dokumenty. Dodam jeszcze, że nie
znam tego sejfu. Nie wiem, jak obejść zabezpieczenia.
- Czyli wszystko na nic?
- Zabierzmy go do Londynu. W laboratorium, przy
świetle, na spokojnie, zajmę się nim, i przejrzę dokumentacje, czy nie mieliśmy
do czynienia z czymś podobnym.
- Ten sejf musi ważyć jakieś trzysta kilo…
- Możliwe. Mamy ze sobą przeszkolonych żołnierzy. W sześciu
udźwigną sejf. David może przywieźć rolki do transportu z Bristolu. Musimy
tylko wynieść sejf z wagonu.
Kurtis kiwnął głową, nieco rozczarowany. Liczył, że
od razu uzyska odpowiedzi na swoje pytania. Tymczasem Hans będzie potrzebował najpewniej
wielu tygodni na przełamanie zabezpieczeń. Nemo patiens, nisi sapiens, powiedział sobie. Nikt, kto nie jest cierpliwy, nie jest mądry.
Trent wstał. Poprosił dwóch żołnierzy, aby zostali w
wagonie. Wraz z Hansem i policjantem opuścili pociąg. Przedstawili sprawę
Davidowi. Ten skinął głową. Poprosił czterech mężczyzn z oddziału, aby pomogli
przy transporcie.
- Odezwę się do Bristolu, żeby zaraz coś nam
przywieźli.
Trent wrócił do wagonu, aby zobaczyć, jak idzie
żołnierzom podnoszenie sejfu. Trafił na moment, gdy mężczyźni ostrożnie
przewracali obiekt. Gdy sejf będzie na dłuższym boku, łatwiej będzie go nieść.
Kurtis z pewnym niepokojem obserwował ich wysiłki, wyobrażając sobie, jak umieszczona
wewnątrz fiolka z kwasem pęka i niszczy zawartość pudła.
Mężczyźni chwycili ciężką skrzynię ze wszystkich stron.
Jeden z nich zaczął liczyć. „Raz. Dwa. Trzy.”. W jednym momencie unieśli sejf.
Powoli ruszyli do wyjścia. Kurtis już szykował się,
by zrobić im przejście, ale zamarł na chwilę.
- Zatrzymajcie się – powiedział.
Zrobili, jak rozkazał. Ktoś zapytał:
- O co chodzi? Jest ciężkie jak…
- Cisza! – rozkazał Trent.
Stali moment, nasłuchując. W ciszy rozległo się słabe
piknięcie. Później kolejne. I jeszcze jedno.
- Słyszeliście ten dźwięk wcześniej? – zapytał
Kurtis.
Pokręcili głowami. Pikanie przyśpieszyło. Zrozumiał,
co się dzieje. Żołądek podszedł mu do gardła.
- Uciekamy! – zawołał.
Zerwali się z miejsca. Ciężar bardzo ich spowalniał.
Nie mogli znaleźć wspólnego rytmu. Jeden z mężczyzn potknął się, upuścił sejf,
upadł. Zaskoczeni koledzy próbowali utrzymać przedmiot w górze, ale nie udało
im się. Ten, który upadł, szybko przeturlał się na bok, aby nie przygniótł go
sejf. Następnie zerwał się i z pozostałymi mężczyznami próbował podnieść
ciężar.
- Nie ma czasu, uciekamy! – krzyknął Trent.
Na jego rozkaz podwładni zostawili cenny przedmiot i
pobiegli do wyjścia. Rozlegało się coraz szybsze pikanie.
Wypadli z pociągu. Oczekujący na zewnątrz zdziwili
się na ich widok.
- Co z sejfem? – zapytał jeden.
- Uciekamy jak najdalej! – zawołał Trent.
- Co się stało?
- Pociąg za chwilę wybuchnie! Szybko, byle jak
najdalej!
- Jak to wybuchnie? A dokumenty…?
- Nie zaryzykuję niczyjego życia – warknął Kurtis. –
Zmywamy się, już!
Wykonali jego polecenie. Biegli przed siebie w
kierunku, z którego tu przybyli – ku asfaltowej drodze.
Zdążyli przebiec spory odcinek, gdy usłyszeli za sobą
huk eksplozji. Kurtis zasłonił uszy dłońmi i rzucił się na ziemię. Przed sobą
ujrzał poświatę. Odważył się odwrócić. Płomienie wystrzeliwały w ciemne niebo,
rozświetlając mroczną noc. Ogień trzaskał cicho. Nagle Kurtis odczuł przebłysk
nadziei.
- Sejf był ze stali, prawda? – zapytał Hansa. –
Ognioodporny.
Tamten zastanowił się chwilę. Wreszcie oznajmił:
- Nie każda stal jest ognioodporna. Jaki byłby sens
tworzenia przez Kabałę podobnego zabezpieczenia, gdyby sejf miał być
ognioodporny?
Trent nie odpowiedział. Patrzył ze złością na
buchające w górę płomienie. W jego głowie przeplatały się ze sobą dwie myśli.
Pierwsza: Stracił możliwość udowodnienia, że Łuka
Karasznikow przynależy do Kabały.
Druga: Gdyby nie wpadł w panikę i nie wszczął akcji
ewakuacyjnej, być może archiwum nadal by istniało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz